Psychika mordercy w musicalu Thrill Me (Mazowiecki Teatr Muzyczny) / recenzja / analiza

Thrill Me musical Mteatr Pawlak Januszkiewicz

16 października 2020 roku swoją polską premierę miał kameralny, szokujący i poruszający musical Thrill Me autorstwa Stephena Dolginoffa, powstały w oparciu o prawdziwe wydarzenia i morderstwo, którego dokonano w 1924 roku. Inscenizację tego tytułu w Mazowieckim Teatrze Muzycznym (Kino Praha w Warszawie) przygotował zespół młodych i niezwykle zdolnych twórców, którzy już zdążyli zdobyć serca publiki. O czym opowiada Thrill Me i czy warto go zobaczyć?


Thrill Me. Historia Leopolda i Loeba to tytuł otwierający sezon artystyczny 2020/2021 w Mazowieckim Teatrze Muzycznym, który idealnie wpasowuje się w aktualnie narzucone zalecenia epidemiczne. W tej inscenizacji reżyserowanej przez Tadeusza Kabicza na scenie znajdują się bowiem jedynie trzy osoby: Karina Komendera kreująca przy fortepianie całą warstwę muzyczną tego spektaklu oraz dwóch głównych bohaterów historii – Marcin Januszkiewicz jako Richard Loeb, student prawa zafascynowany filozofią Nietzschego, desperacko poszukujący sprawiedliwości i pragnący zemścić się na wszystkich winnych tego świata i Maciej Pawlak jako Nathan Leopold, wrażliwy, pragnący zrozumienia i miłości chłopak, który, bojąc się odtrącenia, daje sobą manipulować wykorzystującemu jego naiwność Richardowi. Jeden chce być z drugim, drugi chce być ponad wszystkimi. A ta relacja może doprowadzić do tragicznych wydarzeń...


Będą się Wam trzęsły nogi. I ręce też. Bo Thrill Me to paraliżująca i poruszająca historia.


Thrill Me musical Mteatr Pawlak Januszkiewicz
Fot. Marek Popowski | Mazowiecki Teatr Muzyczny | Materiały prasowe

Thrill Me jest z pewnością czymś więcej, niż tylko musicalem. 

To tytuł o wiele głębszy i, przede wszystkim, całkowicie inny od tego, do czego przyzwyczaiły nas współczesne produkcje: nie dostaniemy tu kolorowych sukni z cekinami, szalonych choreografii odtańczonych z uśmiechem na ustach czy wesołych, popowych kawałków, do których będziemy tupać nóżką. Thrill Me jest historią poważną, trudną, uderzającą w najczulsze struny naszej osobowości, uderzającą w nasz sposób rozumienia świata, rozumienia kary i winy, przyczyny i skutku, bycia z kimś i bycia dla kogoś. Nie bez powodu produkcja ta porównywana jest często do Zbrodni i Kary Dostojewskiego. Jako widzowie nie będziemy przyglądać się tylko zbrodni jako takiej, ale motywacjom, jakie do niej doprowadziły. Skupimy się na relacjach między postaciami, które rodzą się, ewoluują i wpływają na ich decyzje. Zanurzymy się w umysł bohaterów, w ich sferę psychiki i moralności, próbując zrozumieć działania, dojrzeć logikę w postępowaniu i dostrzec, że czyn, który wielu z nas uzna za bezsprzecznie zły, z ich perspektywy nabiera nowego sensu.


Oprócz klimatu a'la seriale true crime, Thrill Me jest także poruszającą historią o ludziach i ich potrzebach. 

Richard jest bohaterem bardzo specyficznym, lekko przerażającym i odpychającym, przedstawianym jako czarny charakter opowieści. W tej roli świetnie sprawdził się Marcin Januszkiewicz, który swoją mimiką, gestykulacją i tonem głosu stworzył Richarda mającego w sobie zarówno coś z niezrównoważonego psychopaty, jak i niezrozumianego przez świat geniusza. Widz może odczuwać poważny dyskomfort patrząc na spokój na jego twarzy, gdy ten planuje kolejne zbrodnie czy gdy lekko się uśmiecha myśląc o cierpieniu innych. Nie jest to postać łatwa do rozgryzienia – z jednej strony ma się wrażenie, że jest bardzo nieszczęśliwym człowiekiem, który tym samym nie chce pozwolić na szczęście innym, więc zaczyna niszczyć wszystko dookoła siebie; z drugiej zdaje się, że tym działaniem chce udowodnić swoją wyższość nad innym, "lepszość", znacznie wyższą inteligencję i dochodzimy do wniosku, że za tym wszystkich kryje się jakiś przez lata opracowywany plan.

Maciej Pawlak przyzwyczaił nas do swoich delikatnych, chłopięcych i zabawnych ról w produkcjach musicalowych w całej Polsce. Tym razem do śmiechu nam nie będzie, ponieważ wykreowana przez niego postać Nathana jest niemal tragiczna i przerażająco prawdziwa jak na dzisiejsze czasy. To młody chłopak, który pragnie tylko, by stać się dla kogoś ważnym. Znalazł przyjaciela, w którego jest zapatrzony, być może nawet swoją miłość i teraz, ze wszystkich sił, stara się zatrzymać ją przy sobie. Strach przed odrzuceniem i pozostaniem samotnym sprawia, że Nathan jest gotów wyrzec się wszystkiego, co dla niego ważne i podjąć się działań, od których jego rozum wciąż stara się go odciągnąć. Na twarzy i w zachowaniu wcielającego się w niego Macieja Pawlaka widać wszystko: najpierw bezgraniczne zaufanie i miłość, potem pierwsze wątpliwości i walkę ze swą moralnością, aż do wyrzutów sumienia i strachu o własne życie. To smutna, złamana i zapętlona we własną naiwność i chęć znalezienia bratniej duszy osoba, która, wraz z końcowymi scenami okazuje się niejednoznaczna i może wzbudzić w widzu niepewność co do wytworzonego w naszej wyobraźni obrazu tej postaci.

Thrill Me musical Mteatr Pawlak Januszkiewicz
Fot. Marek Popowski | Mazowiecki Teatr Muzyczny | Materiały prasowe


Każdy element tego musicalu jest niezwykle przemyślany, dopracowany i aż chce się go analizować: 

od spojrzeń i gestów, za którymi coś może się kryć, przez zagadnienia filozoficzne, którymi kierował się Nietzsche, przez reżyserię świateł, która swoim natężeniem, kolorem i kierunkiem wzbudza dodatkowe emocje (Dariusz Albrycht), po całą, z pozoru minimalistyczną scenografię. Na scenie wybudowano bowiem okrąg, oko, we wnętrzu którego dzieje się cała akcja i które daje nam spojrzenie na przytaczane przez Nathana fragmenty fabuły. Jednocześnie w tym kształcie można dopatrywać się zniewolenia, w jakim tkwią obie postaci. Na otaczających scenę ekranach pojawiają się nagrania i animacje (Karolina Jacewicz), które dopowiadają poszczególne fragmenty lub po prostu nadają odpowiedniego klimatu danej sytuacji. Klimat ten, mroczny i niepokojący, zahaczający o szaleństwo, buduje również muzyka. Siedząca za fortepianem Karina Komendera nawet na chwilę nie schodzi ze sceny, by wciąż budować w widzach napięcie i czyni to w sposób fenomenalny. Każdy utwór napisany przez Stephena Dolginoffa może przyprawić o dreszcze: zarówno w sferze muzycznej, w której wiele jest ciężkich, ponurych i ciemnych dźwięków, jak i w warstwie tekstowej. Tu należy również pochwalić świetne tłumaczenie Małgorzaty Lipskiej: bez widocznej kalki z języka angielskiego, bez odczuwanych zgrzytów w rymach. Utworów tych, jeszcze w tak dobrym wykonaniu, słucha się znakomicie i po cichi liczę na płytę z ich zapisem, chociaż z pewnością nie jest to muzyka rozrywkowa, do tańca – stanowczo bliżej jej do ambitnej i melancholijnej piosenki aktorskiej.


Thrill Me nie jest musicalem, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni: 

urokliwym, wesołym, z happy endem. To musical poważny i doniosły, na który trzeba mieć odpowiedni nastrój. To tytuł, który zaskakuje, szokuje, peszy i zniesmacza i, przede wszystkim, który zachęca do dalszych przemyśleń, do poszukiwania kolejnych informacji, do próby zrozumienia drugiego człowieka. To coś całkiem nowego i świeżego dla polskiej sceny musicalowej, co z pewnością warto zobaczyć. Szczególnie polecam fanom filozofii, psychologii i wątków kryminalnych, ale chciałabym, by każdy dojrzały widz wybrał się na niego chociaż raz. Bo Thrill Me dostarcza dreszczyku emocji. Bo Thrill Me porusza, wstrząsa i elektryzuje. Bo Thrill Me zachwyca. Bo Thrill Me się nie zapomni. 

Marta Dąbkowska


ZOBACZ TAKŻE:

 



OBIERZ KIERUNEK:



Publikowanie komentarza

0 Komentarze